Jak byłam dzieckiem to lubiłam zimę, bo śnieg, sanki, śnieżki, bałwany. Teraz śniegu jest niestety coraz mniej (a bałwanów paradoksalnie coraz więcej) a ja jestem dużo starsza, więc i stosunek do tej pory roku trochę mi się zmienił. Teraz ją po prostu kocham . Uwielbiam ten czas, kiedy tak wieje i śnieży, że wyjść z domu nie można bez strachu o hibernację. Cały rok czekam na te cudowne ćwiczenia fizyczne na świeżym powietrzu przy odśnieżaniu i skrobaniu samochodu. Zwłaszcza jak pizga złem, że prawie mi skrobaczkę wyrywa, nie mówiąc o drzwiach, które otwieram chcąc wsiąść. Ależ to jest cardio, ależ ćwiczenia z obciążeniem! Niech się Lewandowska razem z Chodakowską schowają ze swoimi treningami, mam tutaj swoje własne i do tego autorskie! Zamierzam nagrać tutorial lub nawet całą serię ćwiczeń o tym jak bez szkody dla zdrowia skrobać szyby. Zdrowia fizycznego ale i psychicznego. Bo wiadomo, jak sobie siarczyście poprzeklinasz na ten śnieg i lód, akcentując i przeciągając „r” w każdym możliwym słowie – a jest ich dużo w łacinie podwórkowej – to od razu masz zapewnioną terapię antystresową. Bo nic tak przecież nie rozluźnia jak głośnie „kurrrrr…”.  A wracając do ćwiczeń to mogę sobie nawet podwójną dawkę ćwiczeń zaserwować, kiedy się okaże, że odśnieżyłam auto sąsiada, a nie swoje! O i jeszcze ten przyprawiający o dreszczyk emocji moment kiedy nie wiesz czy silnik zapali. Wzrost adrenaliny i potem to uzdrawiające poczucie ulgi. No, samo zdrowie! 

Jako dziecko lubiłam zimę.

Mimo że zima średnio lubiła mnie. A może raczej nie zima ale sanki. Wiecie już, że mam wrodzone zdolności do uszkadzania swego ciała (dowód tu http://www.zyciaskrawki.pl/gipsy-rany-i-autobus-wstydu/), więc i tutaj miałam pole do popisu. Pod koniec XX wieku modne było zjeżdżanie z górki na tak zwanego koguta – jedna osoba leży na brzuchu na sankach a druga siedzi na niej okrakiem. Jak możecie się domyśleć, często byłam tym przegrywem leżącym na sankach. Zawsze lubiłam życie na krawędzi, więc raz postanowiłam zaszaleć i wzięłam na siebie dwie osoby. Ten sposób zjeżdżania był naprawdę mega, dopóki sanki lekko nie wysunęły się z pode mnie. Zadziałały prawa fizyki i moje ciało, przygniecione przez koleżanki, przechyliło się w dół. Spowodowało to bliski kontakt mojej twarzy z ubitym śniegiem a miejscami nawet lodem. Będąc dalej w temacie fizyki – zadziałała siła tarcia. Od tamtej chwili wiem, co czuje człowiek obdzierany ze skóry bo gdy dojechałam na dół na moim nosie niewiele tej skóry zostało. Jedynie krwawa powłoka. Strupa miałam przez jakiś miesiąc i stanowiłam niezłą konkurencję dla osiedlowych meneli, jeśli chodzi o wygląd facjaty. To był pierwszy raz ale nie ostatni.

Kolejny, który boleśnie wspominam też dział się pod koniec XX wieku. Zjeżdżałam sobie spokojnie z wielkiej górki kiedy nagle sznurek od sanek postanowił pokazać kto tu rządzi. Podstępnie wplątał się pod płozy i u kresu górki spowodował nagły skręt w prawo. A tam stał sobie Bogu ducha winny słupek. W którego oczywiście uderzyłam sankami a siła uderzeniowa (znowu ta fizyka!) popchnęła moje ciało wprost na to żelazne ustrojstwo. I żeby było ciekawiej, uderzyłam w niego kroczem (ała!!!). I to nie prawda, że tylko mężczyźni tracą wtedy oddech. Dziewczyny też! Po dłuższej chwili, gdy już odzyskałam oddech, wstałam z sanek i zrozumiałam, że droga do domu będzie ciężka. Bo bolał każdy krok. Po tych 300 metrach czułam się jak po pielgrzymce do Częstochowy. Tylko nie byłam aż tak uduchowiona. Raczej wprost przeciwnie. I pomyślałam, że chyba nic gorszego mnie nie spotka. I tak było, dopóki jakieś dziesięć lat później nie namówiono mnie na narty –> http://www.zyciaskrawki.pl/narty-to-zlo-prawdziwa-historia/  😀

Zimo, trwaj, tylko nie krzywdź dzieci 🙂

Share: