Niech Was nie zwiedzie ten sielski obrazek. Bycie mamą śmierdzi. Czasem bardziej, czasem mniej. Ale nie ma opcji żeby nie śmierdziało. Do paczki pampersów powinni dodawać maski gazowe gratis. Albo jeszcze lepiej już w wyprawce dla przyszłych mam, żeby trenowały ich nakładanie i przyzwyczajały się do ich subtelnego dotyku na twarzy. I niech was nie zwiodą zapewnienia mam-oszołomek, że dziecięca kupa nie śmierdzi bo nie ma czym. To jest pierwszorzędny smród.

Bycie mamą wymaga poświęceń, również tych z gatunku obrzydliwych. Przykład? Ależ proszę bardzo! Pewnej spokojnej nocy obudził mnie dźwięk erupcji wulkanu i  rozpaczliwe wołanie  – maaaaaaamooooo! Na pół przytomna pobiegłam do pokoju dzieci i podchodząc do ich piętrowego łóżka poślizgnęłam się na czymś średnio miłym w dotyku. I śmierdzącym. Zapaliłam światło. Miśka puściła artystycznego pawika z górnego poziomu, brudząc urokliwie piżamkę, łóżko swoje oraz Filipa. I podłogę. No to co, najpierw obmyłam młodą, potem zmieniłam obie pościele – prawie nie budząc Bibicha, wymyłam podłogę i swoje stopy, utuliłam biedne dziecko. Przezornie wstawiłam miskę pomiędzy szczebelki drabinki, żeby w razie draki Miśka miała gdzie celować. Poszłam spać, w końcu za dwie godziny wstaję do pracy. Zdążyłam na chwilę zamknąć oczy kiedy ponownie zbudziła mnie erupcja wulkanu. Ale myślę – ma miskę, nie wstaję! I w tym samym momencie usłyszałam huk. I ryk – maaaaamooooo! Wstałam, tym razem włożyłam kapcie i idę. A tam armagedon! Miska z zawartością spadła na podłogę ochlapując, niczym Picasso w szale tworzenia, oba łóżka, obie pościele, podłogę i meble. I przerażonego Bibicha, który tym razem się obudził. Akcja ratunkowa trwała z godzinę – zmiana pościeli, mycie podłogi, mebli i dziecka, usypianie obojga. Chyba nie muszę pisać, że już się nie położyłam?  Ale cała ta akcja to i tak nic w porównaniu do tego, jak Miśka struła się kisielem. Wierzcie mi, sprzątanie tego to był dopiero hardcore!  Lepki, ciągnący się ale przynajmniej pachniał truskawkami!

Share: