Za oknem pokłady śniegu, wielkie zaspy o wysokości jednego centymetra. Niestety przypominają mi one moje przygody z nartami. Wierzcie mi, te dwa kawałki drewna potrafią wykończyć człowieka. Wiem co mówię. Przeżyłam to. LEDWO. Działo się to już dawno, w epoce kamienia łupanego, na przełomie wieków, w zasypanej śniegiem krainie o wdzięcznej nazwie Rywałd. A mróz był wtedy jak w cholernej Krainie Lodu. Tylko, że ja wcale nie przypominałam Elsy. Prędzej Olafa.

Bo wyobraźcie sobie postać, która ma narty na nogach po raz pierwszy od 15 lat i nie są to te krótkie dziecięce, tylko jakieś długaśne cieńkie przecinki. I mega niewygodne buty. I ubrania raczej przemakalne. No i oczywiście zero kondycji.

I wsadzają takie coś na wyciąg orczykowy. ORCZYKOWY! Wiecie jak ta tortura wygląda?? Jest sobie taki orczyk – nie mylić z krzesełkiem – na którym za nic w świecie nie można usiąść. Bo jak usiądziesz, to już nie żyjesz – wypadasz z gry! Zaliczasz glebę, piękną, prosto na youtuba. Jedziesz tym czymś w górę, nogi ci się trzęsą, pośladki drętwieją, po parunastu sekundach zaczynasz się modlić o szybki koniec. Twój lub trasy. I nareszcie modły zostają wysłuchane i docierasz do kresu swej tortury.

A przynajmniej tak ci się wydaje.

Bo nagle okazuje się, że stoisz na szczycie kilometrowej góry i jedyna opcja to jechać w dół. A nie umiesz. Ale musisz. Bo wstyd przed dzieciakami, które wyglądają jakby się w nartach urodziły i które już się wrednie z ciebie wyśmiewają. Zaciskasz więc zęby i zaczynasz jechać w dół. Najpierw jest fajnie. Zaczynasz euforycznie się śmiać, dopóki nie orientujesz się, że te drzewa to coś za szybko uciekają. Próbujesz się zatrzymać ale nikt nie powiedział jak to zrobić. Że co? Skrzyżować narty? W życiu! Zęby stracisz! To już wolisz upaść na plecy. Świetnie, już nie poruszasz się z prędkością Kubicy w Formule 1, leżąc sobie wygodnie na śniegu uspakajasz nerwy i oddech. Zen totalny.

Dopóki nie spróbujesz wstać.

Wbite na sztorc narty z lekka ci to uniemożliwiają. Wyciągasz jedną ze śniegu, potem drugą. No dobra, i co dalej? Trzymasz nogi w powietrzu, nartami równolegle do własnego ciała i rozkminiasz jak tu wstać. Na czworaka się nie da – bo narty za długie. Bokiem się nie da – bo narty za długie. Nie jesteś też, mimo wszystko, ninją, więc z obecnej pozycji też nie wstaniesz jednym zgrabnym podskokiem. Przypomnę tylko dyskretnie, że ubrania masz PRZEMAKALNE, co zaczynasz odczuwać boleśnie już po kilku minutach leżenia na śniegu. Zaczynasz pomału panikować, że zostaniesz tutaj już na zawsze a za kilka milionów lat naukowcy odnajdą twoje zamarznięte ciało i będą się zastanawiać, co też te zwłoki robiły w ostatnich chwilach życia skoro mają taką dziwną pozycję. Panika nie przeszkadza ci jednak odmawiać pomocy od mijających cię narciarzy. Wstyd i poniżenie są jednak większe od wizji zamarznięcia. Nagle doznajesz olśnienia! Nadludzkim wysiłkiem, skostniałymi rękoma odpinasz narty. Nareszcie możesz wstać. Wdzięcznym ruchem zarzucasz sobie deski na ramię, przy okazji uszkadzając bark i schodzisz te pozostałe trzysta metrów w dół. Doczłapujesz się w mega niewygodnych butach narciarskich do wypożyczalni sprzętu i bez słowa zwracasz całe to cholerstwo. I wracasz do swej kwatery jak Robocop, bo przemoknięte spodnie oraz kurtka właśnie na tobie zamarzają. Nie wspominając o gaciach.

Nie dziwcie się więc, że na hasło NARTY mam objawy hipotermii, której nawet Stoch, Kot i Małysz nie wyleczą!

Share: