Głównie producenci energetyków lub leków na uspokojenie. Bo to pierwsze piją uczniowie, żeby przetrwać godziny nad zeszytami i książkami a to drugie aplikują sobie rodzice, żeby przeżyć maraton zadań domowych bez zabicia opornego dzieciaka.

Ja, nauczyciel, mówię to z pełną świadomością! Nie zadawajmy pisemnych prac domowych! Dajmy dzieciom trochę wolności! Przecież to zadanie i tak zostanie zrobione przez garstkę uczniów, tych pilniejszych, a reszta przepisze wszystko na kolanie przed lekcją. Bezmyślnie i z błędami.  Lub nie zrobi wcale. No to jaki jest sens takiego zadania? Z autopsji wiem, że dziecko, które wraca zmęczone po sześciu – siedmiu godzinach w szkole i tak nie skupi się na zadaniach. Zwłaszcza, że na dworze czekają koledzy a w telefonie nowy filmik ulubionego vlogera. I nie ma siły, żeby myśleć o wzorach czy też elementach dobrej rozprawki. Ale przecież rodzice każą więc zrobi na odwal. I znowu wracam do pytania – jaki jest sens pracy domowej?

Jako nauczyciel po prostu jej nie zadaję. Robimy wszystko na lekcjach, sprawdzamy wspólnie i przynajmniej mam jakąś pewność, że coś w głowach zostanie. Jako rodzic daję dziecku najpierw odpocząć po szkole, zrelaksować się i spędzić czas „na niczym”. I reaguję w szkole! Skoro matematyka jest codziennie to nie zgadzam się, żeby z dnia na dzień zadawane było pięć zadań po pięć przykładów, zwłaszcza, że dziecko siedzi w szkole bo 16.30. Często rozmowa z nauczycielem wystarczy. A jeśli nie? To wymyśl inny sposób reakcji, byle mądry, przemyślany i bez atakowania. Rodzice w obecnych szkołach  – niestety bądź stety – naprawdę wiele mogą, oby tylko korzystali z tej władzy rozważnie. I przede wszystkim nie rób prac za dziecko! Ty już swoje oceny dostałeś i edukację zakończyłeś z lepszym lub gorszym skutkiem.

Oczywiście inaczej ma się sprawa z nauką do sprawdzianu. Niestety, z tego nie możemy dzieci zwolnić. Ale może pokazać im jak się uczyć? Dla nich cały rozdział z historii czy biologii to jest ogrom materiału, który próbują przyswoić na dzień przed klasówką. No przecież tak się nie da, to naukowo dowiedzione. Jak więc do tego podejść? Ja wymyśliłam system, który na razie się sprawdza. Ale zaznaczam od razu, że moje dziecko nie ma większych problemów z nauką poza chronicznym wstrętem do czytania lektur. Na parę dni przed sprawdzianem czyta sobie podręcznik i na kolorowych samoprzylepnych karteczkach oznacza najważniejsze pojęcia. Wygląda to mniej więcej tak:

 

Potem uczy się tylko wyjaśnień tych pojęć. Wiadomo, nie jest to metoda idealna bo czasami jakaś ważna wiadomość jest ukryta pod obrazkiem lub na marginesie. Ale na czwórkę, czasem nawet piątkę, starcza. Podziwiam te dzieci, które wykuwają na pamięć cały podręcznik. Dostają piątki i szóstki ze sprawdzianów. Ale co z tego, skoro za chwilę nie pamiętają o czym się uczyły, a podręcznik kojarzy im się z udręką i litrami energetyków?

Drodzy nauczyciele, wam też zależy na zombie-uczniach? Wierzę, że nie. I że od jutra ograniczycie te pięć zadań do maksymalnie dwóch. I tym drobnym gestem uratujecie popołudnie jakiegoś dziecka i rodzica.

Share: