To będzie historia z dreszczykiem… a raczej z wielkim dreszczem, który od czasu do czasu nawiedza jeszcze moje zmaltretowane, belferskie ciało.

Działo się to parę lat temu na jednej z lekcji z moją ulubioną, jednakże dość problematyczną klasą gimnazjalną. Kiedyś, nieopatrznie, wygadałam się, że najbardziej na świecie nie lubię pająków. Zwłaszcza tych dużych. Miałam pecha bo jeden z uczniów hodował ptaszniki. Śmiałam się z niego, że nie mógł sobie wybrać jakiegoś bardziej miłego stworzenia – węża tudzież gekona?? On za to dzielił się ze mną pikantnymi szczegółami z hodowli, nie szczędząc bogatych opisów pupili. Jakoś mnie to nie porywało…

Pewnego dnia, jak zawsze po rozpoczęciu lekcji, zapisałam temat na tablicy i korzystając z okazji, że uczniowie otwierają zeszyty, chciałam go zapisać w dzienniku. Przez głowę przemknęła mi myśl, że jest dziwnie cicho ale nie zdążyła się jeszcze dobrze skrystalizować gdy z mojego gardła wydobył się krzyk, a raczej pisk, godny jaskiniowca. Serio, to był pierwotny okrzyk strachu. Moja najstarsza część mózgu zadziałała – uciekaj albo giń! No i ciało posłuchało – z wrzaskiem uciekłam w najdalszy kąt sali pobijając rekord świata na 5 metrów! Prawie straciłam pod tą ścianą przytomność bo serce biło mi szybciej niż po stu espresso z rana, serio, miałam chyba migotanie przedsionków. Ocucił mnie rechot nastoletnich ciał dochodzący jakby z daleka, ale zbliżający się z niezwykłą prędkością. Ja tu schodziłam na zawał a oni mieli ubaw! Mało tego, przyczynili się do tego z całą świadomością i nastoletnią premedytacją. Położyli mi na biurku (na pięknie otwartym dzienniku) PTASZNIKA. Ze swojego bezpiecznego punktu obserwacyjnego dostrzegłam po czasie, że ta menda się nie rusza nawet o milimetr. Powolnym krokiem zdecydowałam się podejść. Wyglądałam zapewne jak postać z kreskówki w trybie slow motion ale wtedy było mi wszystko jedno. W końcu jakaś bardziej empatyczna dusza stwierdziła:

-Proszę pani, to jest wydmuszka!

Że co proszę??? Tak, to nie był żywy pająk – raczej jego wylinka – czy ja się to cholerstwo nazywa. Bo pająki linieją, zrzucają skórę czy jakoś tak. I ta skóra wygląda dokładnie tak jak żywy pająk. Nawet ma takie same włochate odnóża. Ale serio, wygląda jak żywe monstrum. Podeszłam więc już odważnie do biurka a nawet to coś dotknęłam. I naprawdę nie wiem jakim cudem dotransportowali to bez szwanku bo po moim dotknięciu trochę się rozpadło. W sensie, że odpadły mu nóżki. Co też naznaczyłam krzyknięciem. Bo wyglądało jakby się ruszyło.

I nie wspomnę już nawet o fakcie,  że mój histeryczny krzyk przywołał pana woźnego, który jakoby rycerz na białym koniu przybył na ratunek. Z młotkiem w dłoni!

Drodzy uczniowie, pamiętajcie, naprawdę mało trzeba, żeby mieć nauczyciela na sumieniu.

Drodzy nauczyciele, uważajcie co mówicie uczniom, nie znacie dnia ani godziny kiedy to zostanie w niecny sposób wykorzystane!

Share: