Nie ma to jak synek – gwiazda. Serio, lans na osiedlu, że Lewandowska mogłaby pozazdrościć.

Pewnego słonecznego wakacyjnego popołudnia Bibiś nam zaginął. W sensie, że poszedł na dwór i zniknął. Dosłownie. Zaczęło się niewinnie, Miśka miała zawołać go na obiad.

– Mama, ale Bibicha tutaj nie ma.

– To idź wszędzie tam, gdzie może być.

– Byłam wszędzie. Nie ma.

No świetnie. To idziemy z Rimajem wszędzie indziej gdzie nam przyszło do głowy. Nie ma. W głowie powoli zaczynają wyświetlać mi się sceny z najgorszych horrorów klasy C – krew, poobcinane kończyny, jeszcze więcej krwi. Albo z thrillerów o kidnaperach. Stop, zaraz zaraz, każdy porywacz oddałby Bibicha po dwóch godzinach i jeszcze dopłacił! Więc jednak wygrywają wizje jatki mózgowo-kończynowej. Nagle dzwoni telefon. Odbieram drżącą ręką, wiedząc, że to na sto procent policja.

– Starszy posterunkowy Kowalski, dzień dobry.

A nie mówiłam??

– ŻYJE??? – niemal krzyczę do telefonu.

– A miał nie żyć? – pyta lekko zdziwiony pan policjant.

Czyli żyje, menda skubana. Kolejna myśl:

– Co zrobił?

– Próbował wynieść album do naklejek z piłkarzami ze Stokrotki.

Z piłkarzami?? Przecież on myśli, że Messi gra w Arce. Po co mu taki album…

– Co teraz? – pytam, gotowa najpierw syneczka zabić a potem do domu przyprowadzić i dać pięcioletni szlaban.

– Teraz to my go pani przywieziemy.

– OK.

Chyba szanowny pan policjant zwizualizował sobie moje myśli i chciał dziecko uratować. Bohater jeden. Czekałam na nich, przestępując z nogi na nogę na balkonie. Jadą. No oczywiście, full wypas – radiowóz zwany suką. Zatrzymują się. Sąsiedzi na balkonach, w oknach i na ulicach. I teraz akcja w slow motion. Bibich wychodzi z radiowozu jak celebryta z limuzyny na czerwony dywan. Tłumy wiwatują, fani klękają. A on macha gorliwie, uśmiecha się i woła:

– Maaaamaaa, maaaamaaaa, jechałem radiowozem!!!!! Jak prawdziwy złoczyniec!

Kurtyna.

Pan policjant prawie się udusił. Ze śmiechu. Sąsiedzi prawie z okien i balkonów pospadali. A ja miałam ochotę go zabić już trochę mniej. Ale tylko troszeczkę.

 

EDIT

Tradycyjnie mój zbyt ufny syn został wrobiony przez siedmioletniego kryminalistę. To on kazał mu ten album wynieść a gdy Bibicha złapali to spieprzył jak rasowy złodziej. Pomijam już fakt, że Bibich miał wtedy ze dwanaście lat, miał 165 cm wzrostu i po złapaniu straszył pana z ochrony, że go pozabija. I wszystkich innych. Nikt nie chciał wierzyć, że to mały siedmioletni Fabianek był hersztem bandy. I mu się upiekło, bo go nie złapali. A my skończyliśmy w sądzie. Ale o tym innym razem. Bądźcie czujni, nigdy nie wiecie gdzie czyha Fabianek!

Share: