Każdy normalny człowiek jedzie do SPA, żeby się zrelaksować, odmłodzić, upiększyć i odpłynąć. Ja również zapragnęłam liznąć odrobinę tego raju w wyżej wymienionym celu. Ale że to jestem ja to oczywiście nie mogło być „normalnie”. Od razu zaznaczam, że są to tylko moje osobiste odczucia i tylko ja mogę kumulować różnego rodzaju zdarzenia, które zaistnieją równocześnie powodując taki a nie inny efekt. Taki, który nie zdarzyłby się nikomu innemu. Ale po kolei.

Na swój pierwszy wSPAniały raz obrałam klimatyczne miejsce w środku lasu, nad jeziorem. Nie szkodzi, że w zimie (tej prawdziwej, ze śniegiem) – to naprawdę nie miało znaczenia, bo z założenia i tak nie chciałam się poza budynek SPA ruszać. Pojechałam tam wykupując pakiet z gruponu – trzy dni z wyżywieniem i zabiegami za 250 zł (ale było to już 5 lat temu!). Pierwszy raz od urodzenia moich dzieci miałam być gdzieś SAMA przez weekend. To chyba jarało mnie bardziej niż same zabiegi. No i fakt, że jedzenie dostanę pod nos 🙂 Po przyjeździe okazało się, że to pragnienie samotności spełni się aż nadto – w całym ośrodku byłam tylko ja i obsługa! Niech się księżna Kate i Megan schowają, a nawet sama królowa Elżbieta! Ja rządzę całym SPA!

W pakiecie miałam różne zabiegi ale również jacuzzi – w zasadzie nielimitowane, bo przecież byłam sama. No i skorzystałam z tego niezwłocznie. Siedząc już wśród bąbelków i uwalniając cugle umysłu, nieopatrznie przypomniał mi się pewien odcinek „1000 sposobów na śmierć” kiedy to facet korzystając z jacuzzi usiadł na tym kółku na dnie i wyciągnęło mu jelita przez odbyt. Przez kolejne minuty walczyłam, żeby pozostać w wodzie. W końcu sprawdzając organoleptycznie (czytaj – palcem u nogi) gdzie owe kółka się znajdują, uznałam, że siedząc przyklejona do bocznej ściany jestem w miarę bezpieczna. Ale niestety, mój relaks odszedł w siną dal pod rękę z przyjemnością. Na szczęście poproszono mnie na zabieg, więc mogłam opuścić pole bitwy bez wstydu, że uciekam.

Zabiegi były bardzo przyjemne, zaręczam. Jeśli ktoś nie doznał jeszcze masażu kamieniami wulkanicznymi (tylko nie ci z nadciśnieniem, odradzam!) albo peelingu całego ciała (tylko nie ci wrażliwi na łaskotki – odradzam!) to naprawdę powinien spróbować. Polecam również masaże wodne w kapsule – coś pięknego ale tylko gdy wiesz, że zanim obleje cię przyjemna ciepła woda, czeka cię sekundowy lodowaty prysznic.

Jednakże był jeden zabieg, który wybrałam sobie sama – z wrodzonego łakomstwa. Zabieg z czekoladą. Mmmmm, brzmiało pięknie. Nikt mnie jednak nie ostrzegł, że po wysmarowaniu pięknie pachnącą czekoladą zawijają cię w folię aluminiową i każą leżeć w cieple przez pół godziny. Najdłuższe trzydzieści minut mojego życia. Cóż, przynajmniej wiem jak się czuje kurczak pieczony w rękawie w piekarniku. Jeśli nie lubisz jak ci gorąco – odradzam.

Zafundowałam sobie też leczniczy masaż stóp (oeeesuuu, jak to bolało) i woskowanie uszu, które ma podobno odetkać uszy czy coś tam w ten deseń. Mi nie odetkało. Może dlatego, że przez cały zabieg usiłowałam się nie śmiać na swój widok – coś w stylu świecy wystające z ucha.

Co jeszcze pamiętam z tego wyjazdu? Pyszne jedzenie, w ilości zagrażającej życiu oraz fakt, że pierwszy raz po jedenastu latach przespałam bite dwanaście godzin. Matki dzieciom zrozumieją, jak cenne jest to doznanie!

Wyjeżdżałam na tyle zadowolona, że zapragnęłam wrócić tam w przyszłym roku. I ponownie zakupiłam pakiet na gruponie ale niestety w tej samej cenie oferta zabiegowa była już o wiele mniej atrakcyjna – między innymi był tam zabieg „satynowe dłonie”, który polegał na nałożeniu przez panią kosmetyczkę peelingu na ręce i poleceniu „niech go pani porządnie rozetrze i zmyje”. Wow!

No i przede wszystkim nie byłam już sama – były to okolice walentynek więc zjechało też kilka zakochanych par. Moja rada na przyszłość – nie zgadzajcie się na pokój pomiędzy pokojami takich par! Bo nie będzie opcji przebywania w takim pokoju bez doznań dźwiękowych, niekoniecznie pożądanych gdy nie jesteś fanem filmów dla dorosłych 😉 Cały pobyt spędziłam w restauracji/kawiarni lub w pokoju z nastawionym głośno telewizorem – jak jedna para skończyła, to zaczynała druga. Nawet jacuzzi wydało mi się wtedy atrakcyjne i przekonałam się do niego w pełni.

Po tych traumatycznych przejściach dałam sobie spokój z tym SPA na cztery lata, wróciłam w tym roku, wybierając wraz z siostrą (nie rodzoną, a taką z wyboru) pakiet na Dzień Kobiet. Skromniutki bo skromniutki ale zawsze. Rozczarował mnie tym razem fakt, że NIE MA jacuzzi (choć moje jelita odetchnęły). W ofercie był peeling i masaż – pierwsza klasa! Początkowo fakt, że zabiegi będzie wykonywał pan trochę nas przeraził ale co tam, raz się żyje! Przygotowałyśmy się też logistycznie do wyjazdu – winko, te sprawy. Wiadomo, babski wyjazd po latach. Bez dzieci, mężów, partnerów. O tak! Po spacerze i obiadokolacji (trzydaniowej) marzyłyśmy tylko o walnięciu się na łóżku i spokojnym trawieniu. Wino wróciło z nami do domu. Tak jak i czipsy. I ciasto. Starość, nie radość 😉

Za to rano, kiedy wychyliłam się przez okno, powitał mnie śpiew ptaków i widok hałdy węgla. Coś cudownego!

A Wy, drodzy czytacze, macie jakieś przygody związane ze spa?

Share: