Jestem trochę pechowa. Ale pech nie miał wyjścia, musiał wybrać właśnie mnie.  Bo to cholerstwo przechodzi z pokolenia na pokolenie a do mnie przyczepiło się od mojej mamy.Jej przygody można wymieniać bez końca. Tylko ona potrafiła, przechodząc nad otwartymi drzwiami zmywarki, poślizgnąć się i koncertowo wbić sobie widelec w łydkę. Albo siedząc na składanym stołku próbować go przesunąć i odciąć sobie kawałek palca. O, albo w lesie intensywnie szukając grzybów potknęła się o korzeń i złamała rękę. W nadgarstku. Mimo wszystko się opłacało – przywiozła dwa kosze grzybów. Nie będę się już rozpisywać nad ponownym złamaniem ręki po potknięciu się o wystającą kostkę brukową czy też krwawym rozwaleniu nogi przy bliskim spotkaniu z prętem zbrojeniowym nikczemnie wystającym z chodnika czy skądś tam.

Z takimi genami nie mogłam nie mieć pecha. Zaczął się już w podstawówce, gdy chcąc odgonić dokuczającego mi kolegę, złamałam palec uderzając ręką o kant ławki. Zresztą ten sam kolega był przyczyną jeszcze dwóch uszczerbków na moim zdrowiu. Raz podpuścił mnie, że nie skoczę z najwyższego szczebelka drabinki na placu zabaw. Ja nie skoczę? Potrzymaj mi piwo 😉 Efektem była złamana wzdłuż kość piszczelowa i sześć tygodni gipsu. Innym razem, próbując wyjąć mi szklankę z ręki, zgniótł ją powodując skaleczenie mnie aż do mięcha i pozostawiając niezłą bliznę na całe życie. To były wdzięczne czasy dzieciństwa. W czasach prawie dorosłych skręciłam kostkę paradując w wysokich obcasach albo schodząc z krzesła obrotowego po wieszaniu firanek. Nawet nasza wspólna historia z Rimajem rozpoczęła się od gipsu – dopiero zaczęliśmy się spotykać kiedy potknęłam się o wycieraczkę przed wejściem do uczelni. W weekend. w Pułtusku. Noga spuchła a czekała mnie jeszcze podróż do Tczewa – autobusem i pociągiem. Jakoś dojechałam a na miejscu okazało się, że mam złamanie kości skokowej stopy i cztery tygodnie gipsu. O i jeszcze ta historia z pszczołą. W pewien gorący letni dzień zachciało mi się wypić pepsi. W kuchni stała już taka w otwartej puszce. Długo się nie namyślając, wzięłam solidnego łyka, po czym wszystko wyplułam z uczuciem, że straciłam język. Ból był okropny, jakby ktoś mi nożem kawałek języka odciął. Okazało się, że w puszcze pływała pszczoła – jeszcze żywa i w ostatnim odruchu użądliła mnie w język. Kolejny tydzień żywiłam się tym, co się dało wypić przez słomkę a komunikacja ze mną była znacznie utrudniona. Język ciała udoskonaliłam wtedy do perfekcji – spuchnięty język nie pozwalał zrozumieć werbalnie o co mi chodzi.

Ale samą siebie przeszłam dopiero w autobusie miejskim.

Jechałam sobie kiedyś starym typem autobusu zatopiona w lekturze arcyciekawej książki. W ostatniej chwili zorientowałam się, że to mój przystanek. Siedziałam blisko drzwi więc rzuciłam się szczupakiem do wyjścia. Niestety, o parę sekund za późno. Drzwi ten zacny pojazd miał harmonijkowe i zamknął mi je dokładnie na uszach. Twarz była na zewnątrz, reszta w środku. Paręnaście metrów tak ujechałam, zanim kierowca się zorientował. Nie słyszał moich krzyków, bo otwór gębowo-głosowy miałam poza autobusem. Może powiedzieli mu pasażerowie, nie wiem. Uwolniona, czerwona jak burak, chyłkiem przemknęłam do domu. Uszy miałam czerwone i napuchnięte jeszcze przez dwa dni. Swoją drogą, niezły musiał to być widok dla ludzi z zewnątrz. Drzwi i twarz.

Miśka na szczęście nie jest aż tak urazowa – jedenastoletni bilans: jedna złamana ręka (upadek z trzepaka), jedna skręcona kostka (wypadek na schodach), jedna blizna nad okiem (upadek z wyżej wspomnianego trzepaka i wbite pod brwią okulary). Ma szansę nas pokonać?

 

Share: