Jestem italofilką, to fakt znany wszem i wobec. Włochy w moim sercu będą zawsze na pierwszym miejscu. Ale w życiu potrzebna jest różnorodność i zmiany. Przekornie majówkę 2018 spędziłam więc w Maladze. Mimo że temperatura nie przekraczała siedemnastu stopni, zaliczyłam burzę nie mając parasola i a strój kąpielowy wrednie na mnie patrzył z walizki, Malaga mnie urzekła. Przed wyjazdem ta nazwa kojarzyła mi się jedynie z cukierkami a po powrocie z niestandardowym zwiedzaniem, jedzeniem i Picassem.

Co zobaczyć?

Jeśli męczy cię typowe zwiedzanie z przewodnikiem z całego serca polecam Free Tours Malaga. Pomysł jest genialny w swej prostocie – zbiera się grupkę turystów i oprowadza po mieście opowiadając niebanalne historie związane z atrakcjami turystycznymi. Nie jesteś zarzucany milionem dat i faktów historycznych tylko anegdotami, smaczkami i wspomnieniami. Obejrzysz między innymi ławeczkę z siedzącym na niej Pablem Picassem (czytaj niżej) i dowiesz się, że turyści amerykańscy pomylili go z Brucem Willisem. To fantastycznie spędzone trzy godziny. I najważniejsze, że to ty decydujesz ile zapłacisz przewodnikowi. Możesz też nie zapłacić nic ale to już buractwo. I jeszcze absolutnie warta polecenia opcja – wieczorne zwiedzanie Malagi z dreszczykiem. Przewodnik prowadzi cię w miejsca, w których wydarzyły się jakieś akcje jak z Paranormal activity, grasował hiszpański Kuba Rozpruwacz albo ginęli ludzie. Naprawdę warto zainwestować euro w taką formę odkrywania miasta, bo nie nudzisz się ani chwili a jeszcze możesz potem poszanować wśród znajomych znajomością strasznych historii. Jeśli zdecydujesz się na Free Tour Malaga to polecam Amandę – dziewczyna ma gadane ale i poczucie humoru. No i fantastyczny angielski.

Co zjeść?

Jechałam z planem jedzeniowym – paella, churros i vino tinto de verano. Jeśli chodzi o paelle, to miała to być pierwsza prawdziwa hiszpańska w życiu. Trafiłam do Azahar Tapas – może to nie typowo hiszpańska knajpa ale jedzenie hiszpańskie. Zamówiłam paella marinesca z owocami morza i z ciekawością czekałam na danie. Wyglądało i smakowało bardzo dobrze. Na tyle, żeby wrócić tu następnego dnia. Bo ceny mnie nie zabiły a i kubki smakowe nie ucierpiały. Zamówiłam do tego wino. Oczywiście tinto de verano, pite z lodem i cytrusami. Kto jeszcze nie próbował, polecam!  Te wrażenia smakowe zaliczam jak najbardziej na plus. Zwłaszcza, że mam porównanie z paella z miejsca, które znajduje się w bardziej komercyjnym miejscu, w porcie, przy plaży miejskiej. Tam stołowania się nie polecam. Nie dość, że drożej to i smakowo nieszczególnie. Nawet nie pamiętam nazwy tej knajpy.

Niestety spotkało mnie też rozczarowanie – churrosy są niesmaczne. Nawet pyszna, gęsta gorąca czekolada, w której należy je moczyć nic nie pomogła. Są to tłuste, trochę słone „ciastka” przypominające w smaku nasze prażynki. Szału nie ma. Nie skusiłam się na nie więcej.

Picasso

Dlaczego Picasso? Ano dlatego, że tutaj się urodził. Zresztą tak jak i Antonio Banderas ale on nie doczekał się jeszcze swojego muzeum. Od razu się przyznam, że nie jestem jakąś ekspertką od malarstwa, mam jako takie pojęcie a najbardziej lubię Van Gogha. Nigdy nie rozumiałam dlaczego świat zachwycał się pracami Pabla, przecież to jakaś kanciata abstrakcja. Ale poszłam do jego muzeum bo akurat była mała kolejka, a moje towarzyszki podróży wspinały się na jakiś zamek, który nie koniecznie mnie interesował. Weszłam do pierwszej sali i mną trzepnęło. Totalnie. Te kolory, ta faktura, to przekorne patrzenie na świat. O matko! Geniusz!  Wystarczyło mu siodełko i kierownica od starego zardzewiałego roweru. żeby zrobić rzeźbę głowy byka. Spędziłam tam trzy godziny, mimo że muzeum nie jest zbyt duże, tylko kilka sal. Stałam oniemiała, wsłuchując się w audio przewodnika i oglądając każdy obraz z bliska – tam naprawdę widać pociągnięcia pędzla. Wyszłam zafascynowana Picassem a po powrocie to zainteresowanie podsycił jeszcze genialny serial o jego życiu z Banderasem w roli głównej.  Moim zdaniem http://www.museopicassomalaga.org/ to miejsce obowiązkowe dla turysty na mapie Malagi.

 

Share: